|
Materiał na korpus to jeden solidny kawałek pnia o średnicy od 25 do 40 centymetrów, z którego powstaje kielich. Oczywiście najlepsze własności akustyczne mają gęste i twarde gatunki drzew, ale moim ulubionym drzewem jest brzoza. Co prawda, nie jest ona ani bardzo twarda ani ciężka, ale daje korzystny stosunek jakości instrumentu do ilości włożonej pracy. Wiele osób zajmujących się wykonywaniem djembe również ceni sobie brzozę. Oczywiście wielokrotnie spoglądałem na dębowe pniaczki, ale póki co brakuje mi odwagi, żeby się za nie zabrać. Tak więc na razie brzoza. Osika i topola zdecydowanie odpadają ze względu na liczne pęknięcia powstające podczas formowania i suszenia korpusu. Zgodnie z tradycją ludów Afryki Zachodniej, przed ścięciem drzewa należałoby złożyć w ofierze kurczaka, aby przebłagać ducha drzewa za fakt jego ścięcia, ale tę sprawę pozostawiam w gestii Zarządu Lasów Państwowych. Zakładam, że wspomniane wyżej formalności zostały w jakiś sposób dopełnione.
|
|
|
Obróbka drewna: Najpierw pojawia się pomysł na kształt kielicha. Co prawda nie ma tutaj wielkiego pola do popisu, bo prawa fizyki są raczej nieubłagane w kwestii tworzenia i rozchodzenia się fali dźwiękowej w rezonatorze Helmholza, jakim jest djembe, ale można co nieco powymyślać. Mniej więcej w połowie długości pniaka wykonuję nacięcie wzdłuż obwodu pnia, a potem wkraczają do akcji siekiery, dłuta, od czasu do czasu wiertło, (aby „drania” przewiercić na wylot). Na części zewnętrznej kielicha dobrze jest zostawić korę, ponieważ zapobiega ona pękaniu drewna podczas suszenia. O bogatym brzmieniu instrumentu decyduje poza gatunkiem drewna, rodzajem skóry przede wszystkim geometria korpusu. |
|
|
Zgodnie z prezentowanymi na stronach internetowych informacjami staram się, aby: - Wysokość nogi była równa mniej więcej połowie wysokości bębna - średnica membrany była trzy razy większa od średnicy wewnętrznej bębna w pasie - średnica wydechu miała 2/3 średnicy membrany. Każde odstępstwo od tych zasad może przemawiać za lub przeciw instrumentowi.
|
|
|
Najbardziej pracochłonną czynnością jest żłobienie wnętrza kielicha. To chyba na tym etapie ręcznie tworzony bęben dostaje tak cenioną przez wszystkich duszę. W każdym razie na tym etapie tworzy się na dłoniach najwięcej bąbli. Po mniej więcej tygodniu dorywczej pracy korpus jest gotowy. Trzeba go jeszcze wysuszyć, a potem wzbogacić jakimś ciekawym i unikalnym ornamentem. Ponieważ nie cierpię powielać tych samych worów, dlatego każdy bęben jest unikalny. |
|
|
Szczególną uwagę poświęcam obróbce górnej krawędzi. Musi być równa, odpowiednia zaokrąglona i nawoskowana, co gwarantuje poprawne zachowanie się skóry w dalszym życiu djembe. Potem kolejno następuje szlifowanie, lakierowanie, znowu szlifowanie, lakierowanie i na chwilę można zapomnieć o korpusie.
|
|
|
Pierścienie: są chyba elementem, dla którego w królestwie Mali wykonywaniem djembe zajmowali się kowale. Każdy z nich po zespawaniu owijam taśmą. Na dolnym i górnym zaplatam wykonane z linki polipropylenowej węzły, służące do zamocowania poprzecznych linek. Tą czynność lubię chyba najbardziej. Nie wymaga wysiłku i daje efekt w postaci fikuśnej korony.
|
|
|
Linka: Koniecznie z rdzeniem, bo inaczej nie sposób trwale nastroić instrumentu. Linka bez rdzenia będzie się chyba przez cały czas naciągać. Założyłem raz taką i poddałem się mniej więcej po tygodniu nieustannego podciągania i zaplatania splotów mali. W końcu wkurzony, wymieniłem ją na czteromilimetrową linkę z rdzeniem. Nauka, proszę Szanownych Państwa niestety kosztuje. Kolejny etap, to przeciągnięcie około 10 metrów linki pomiędzy splotami górnego i dolnego pierścienia. Jest to głupia ale lekka praca i stanowi element relaksujący w całym procesie tworzenia bębna. Po przeciągnięciu linki następuje kolejny etap, czyli nakładanie skóry. |
|
|
Kozia skóra: to prawdziwe wyzwanie. Po pierwsze trzeba ją zdobyć. Próby pozyskiwania jej w punktach skupu skór kończyły się przeważnie niepowodzeniem. Teraz mam dostęp do najwyższej jakości skór, bez grama tłuszczu. Do wyboru i do koloru. Po odcięciu odpowiedniego kawałka skóry moczę go w wodzie, płuczę z soli i nakładam na bęben. Po lekkim naciągnięciu zabieram się za golenie. Dość wspomnieć, że zużywam średnio 4 jednorazowe golarki, i arkusz papieru ściernego ale efekt finalny jest całkiem OK. Po dwóch dniach skóra jest już wysuszona. |
|
|
Można obciąć jej nadmiar i stroić djembe, czyli powoli dociągać linkę i zaplatać węzły mali. Tu również pojawiają się wspomniane wcześniej bąble na dłoniach. Potem znów podciągać, zaplatać, aż uzyska się zakładane brzmienie, albo nie uzyska się, bo pęknie skóra i trzeba ją wymienić i zacząć wszystkie czynności opisane w tym akapicie od początku
|
|
|
|